Barokowe bycie w sieci

Kiedy docieramy w nowe, nieznane sobie wcześniej miejsca, próbujemy jak najszybciej się z nimi oswoić. Zadajemy pytania, próbujemy natychmiast opanować topografię, poszukujemy punktów orientacyjnych, filtrujemy to wszystko przez nasze podróżnicze doświadczenie i stosunkowo szybko czujemy się w nowej przestrzeni prawie jak w domu.
Tak było kiedyś. Dzisiaj, wszystkie te czynności poprzedza pytanie: „czy jest tutaj sieć?”, bo tam znajdziemy wszystkie potrzebne nam informacje. Zresztą pod tym względem jesteśmy coraz bardziej samowystarczalni. W naszych kieszeniach czekają już na użycie małe modemy lub kreujące sieć smartfony, a na wypadek, gdyby coś nam odcięło prąd w drugiej kieszeni czeka na użycie mały power bank.
Inaczej mówiąc, czujemy się dobrze i bezpiecznie, kiedy możemy być w miejscu, w którym chcieliśmy się znaleźć, ale nie zrywając ani na chwilę kontaktu ze światem. Wszędzie toczą się dyskusje, czy to dobrze, czy źle. Jedni nie widzą w tym nic złego, przeciwnie podkreślają zalety wynikające z możliwości funkcjonowania w kilku przestrzeniach jednocześnie. Inni ubolewają, że będąc myślami w wielu rzeczywistościach na raz w żadnej nie jesteśmy w sposób prawdziwy.
Wszyscy znamy ten problem i wielu z nas wyprowadza z równowagi widok kogoś, kto sprawdza coś w swoim telefonie, podczas gdy my oczekujemy od niego pełnego zaangażowani tu i teraz. W wyjaśnienia, że ktoś może robić kilka rzeczy na raz jakoś nie bardzo chcemy wierzyć.
Osiemnastowieczny muzyk udający się do pracy na arystokratycznym dworze położonym daleko od dużych i tętniących życiem centrów kulturalnych tak, jak było to w przypadku Telemanna przyjeżdżającego do Żar, zadawał dokładnie takie samo pytanie: „czy jest tutaj sieć?”.
O ile jednak obecnie pytanie o sieć możemy zrozumieć wyłącznie jako pytanie o możliwość swobodnego korzystania z telefonu komórkowego lub komputera, to trzysta lat temu miało ono inny charakter.
Co z punktu widzenia młodego muzyka i kompozytora mogło przesądzić o przyjęciu posady w tak małej i bardzo prowincjonalnej miejscowości? Z pewnością dla początkującego artysty był to spory awans zawodowy, ale nie jestem przekonany, czy wybrałby się do Żar, gdyby nie miał pewności, że znajdzie tam „sieć”. Sieć oznaczała mecenasa, który gwarantował dostęp do tego, co dzieje się na świecie i realne szanse na rozwój. Trzysta lat temu oznaczało to, na przykład, sprowadzanie z europejskich stolic świeżo wydanych drukiem dzieł, utrzymywanie na dworze sprawnego zespołu muzycznego, ale także muzyczny gust i estetyczną otwartość gospodarza. Będąc w Żarach czy Pszczynie, Telemann mógł być więc zarazem w wielkim muzycznym świecie.
Jeśli wczytamy się w krótkie, skondensowane autobiografie Telemanna zauważymy, jak ważny był to aspekt jego pobytu w Żarach. O ile we wspomnieniach z późniejszych faz jego życia dość często pojawia się wątek ekonomiczny, to w przypadku lat spędzonych na terenie dzisiejszej polski o pieniądzach nie ma w zasadzie mowy. Jest za to zachwyt nad polską, czeską i morawską muzyką ludową. Fascynacja muzyką francuską, która w postaci partytur dociera na dwór Promnitzów. Wdzięczność dla związanego z żarskim dworem kompozytora i kantora, Wolfganga Kacpra Printza, który był łącznikem z odchodzącym w zapomnienie siedemnastowiecznym stylem muzycznym.
Wspominam o tym wszystkim, by zwrócić uwagę na harmonię, która towarzyszyła życiu Telemanna w okresie, gdy przebywał na terenach dzisiejszej Polski. Z jednej strony był cały czas „w sieci”, ale nie możemy mieć najmniejszych wątpliwości, że żył tu i teraz. Między tymi dwiema rzeczywistościami panowała równowaga. Najprawdopodobniej sprzyjała jej okoliczność, że to, co spotkał w Żarach i w innych miejscach, w których przebywał było równie inspirujące i potrzebne w jego twórczości, jak impulsy, które otrzymywał z europejskich stolic. Taką myśl wspierają jego utwory, w których na równych prawach sąsiadują obok siebie części napisane w wyszukanym stylu francuskim, energetycznym stylu włoskim, konserwatywnym stylu niemieckim oraz ogniwa, które nawet dzisiaj, po kilkuset latach, rozpoznajemy bezbłędnie jako nasycone pierwiastkiem słowiańskim.
Morał z tej opowieści niech będzie taki: zamiast wymuszać na naszych współpracownikach czy słuchaczach odrywanie uwagi od telefonów i komputerów, sprawmy, by to, co im proponujemy i co wspólnie robimy całkowicie pochłonęło ich uwagę. Kiedy wrócą do siebie, czyli do sieci, może wyda im się trochę mniej atrakcyjna.
 
CZ