Prekursor

Kiedyś, w czasach, gdy byłem jeszcze modelowym „słuchaczem naiwnym” i wszystko w muzyce wydawało mi proste, muzyka ludowa była po prostu muzyką ludową. Pomimo całej mojej dziecięcej naiwności dostrzegałem jednak różnicę pomiędzy śpiewakami i tancerzami, których widziałem w telewizji a koleżankami mojej babci i moich ciotek, które w podrzeszowskiej wsi śpiewały, w zależności od pory roku, przędąc wełnę, drąc pierze, ubijając masło, kręcąc miód albo nawlekając liście tytoniu.
Dostrzegałem to, że w telewizji wszyscy byli młodzi i ubrani tak samo, panie miały jaskrawy makijaż, buty świeciły się od wypolerowanej pasty. Tymczasem w wiejskiej chałupie młodość była rzadkością, butów na nogach nie widziałem, podobnie jak śladu kosmetyków. Największe zdziwienie budziło we mnie jednak, że to, co śpiewano w telewizji było całkowicie zrozumiałe, natomiast to, co słyszałem w chałupie i przed chałupą dawało się zrozumieć tylko w części. Pociągająca egzotyka, tak mógłbym dzisiaj opisać moje ówczesne wrażenia z jednej z pierwszych wakacyjnych wypraw do Galicji.
Kolejne lata przynosiły nowe doświadczenia i odkrycia. Jednym z nich były wiejskie wesela, którym nie przyglądałem się już jak kiedyś zza płotu, ale których stałem się uczestnikiem. Może nie do końca pełnoprawnym, bo nie wszędzie mnie wpuszczano i nie na wszystko pozwalano, ale wieś, którą znałem z jej pracowitej codzienności, pokazywała mi teraz swoje inne oblicze - była barwna, głośna, roztańczona.
Nieoczekiwanie dystans między tą radosną wsią, a roztańczonym szoł, który pamiętałem z telewizji stał się jeszcze większy. Nie było tutaj śladu precyzyjnych układów choreograficznych, scenicznej symetrii, a raczej kłębowisko pozornie nieskoordynowanych układów, które jednoczył rytm nadawany przez małą kapelę. Sceneria przepojona była energią i witalnością, której nie można się było oprzeć. Żywioł wciągał, rytm porywał w taki sposób, że nawet nastolatek z miasta, który był akurat w schyłkowej fazie fascynacji hard rockiem i powoli wchodził w świat jazzu, musiał ulec hipnotyzującej potędze czegoś, co nazywa się zwykle kulturą niską.
Kiedy czytam fragment jednej z zachowanych autobiografii Jerzego Filipa Telemanna, w której poświęca dłuższy akapit swoim wyprawom w okolice Krakowa, mam wrażenie, że opisuje tam doświadczenie bardzo podobne do tego, które kilkaset lat później było także moim udziałem. Nie mam zamiaru porównywać mojego spojrzenia na muzykę ludową ze spojrzeniem młodego, ale już wybitnego kompozytora. Moją uwagę zwraca jedynie to, że zareagowaliśmy podobnie, że daliśmy się wciągnąć żywiołowi. W moim przypadku oznaczało dalsze zainteresowanie muzyką, szukanie okazji do jej słuchania, gromadzenie płyt, poznawanie muzyk tradycyjnych innych kręgów kulturowych. Telemann zrobił to, co robi profesjonalista, gdy odkrywa nowe źródło inspiracji. Po prostu z niej skorzystał i z zaczął szukać sposobów na włączenie elementów muzyki ludowej w swój bardzo już wtedy wyrafinowany styl kompozytorski, a właściwie style, ponieważ opanował przynajmniej kilka języków muzycznych, które łączył ze sobą, jak nikt inny w jego czasach.
Nie było to proste zestawianie ze sobą fragmentów utrzymanych w stylu włoskim, francuskim, ludowym stylu polskim lub morawskim, ale poszukiwanie formy, w której każdy wpływ dawał się zidentyfikować, ale synteza nie miała w sobie nic z imitacji.
Muzyka ludowa nie podlegała u Telemanna deformacji, kompozytor nie łagodził jej kantów, do maksimum starał się wykorzystać jej witalność i żywiołowość. Jeśli nie słyszymy tego w wykonaniach muzyki Telemanna, to jest to wyłącznie wina wykonawców. Zachowują się w stosunku do niej, jak telewizyjni wykonawcy muzyki ludowej, których zapamiętałem z dzieciństwa.
Telemannowi dużo bliżej jest do muzyków, których twórczość kryje się dzisiaj za nie do końca precyzyjnym pojęciem „neofolku”. Niemiecki kompozytor nie kultywował źródłowych tradycji muzyki ludowej, ale miał swój patent na posługiwanie się nią, bez zamieniania jej w karykaturę samej siebie. W tym sensie był prekursorem wielu nurtów muzycznych, które cieszą się dzisiaj szaloną popularnością na całym świecie.
 
CZ