Wysoka

Z dzieciństwa pamiętam czasy, kiedy na wiejskich weselach albo potańcówkach nie do pomyślenia były instrumenty elektryczne, nie mówiąc już o muzyce z płyt, magnetofonów, czy nie daj boże z komputera. We podrzeszowskiej wsi, którą jako dziecko co roku odwiedzałem w czasie wakacje obowiązkowymi instrumentami były skrzypce, basy, bęben, akordeon i klarnet. Później, dosłownie w ciągu kilku lat, muzycy zniknęli, a na scenie pojawili się muzycy z gitarami. Coś w najwyższym stopniu egzotycznego zostało zastąpione przez coś, w moich oczach, groteskowego.

W ostatnich dwudziestu latach nastąpiła próba powrotu do tradycji, której zagłady mogłem sam doświadczyć. Muzycy sięgający do polskich tradycji ludowych zyskali status gwiazd, powstały stowarzyszenia pielęgnujące muzykę ludową, grupy kultywujące dawne zwyczaje, a nawet próbujące kształtować swoje codzienne życie w mniej lub bardzie dosłownym nawiązaniu do prostego, ale zarazem bardzo bogatego życia dawnych społeczności wiejskich.

Niektórym z nas może wydać się to przesadą, ale dla wielu ten powrót do źródeł był wyrazem stosunku do współczesności i próbą poszukiwania oraz zrozumienia samego siebie. O to, czy takie poszukiwania okazały się owocne trzeba pytać już ich uczestników.

Pojawił się też bardzo aktywny nurt artystyczny, w którym tradycja była źródłem do dalszych poszukiwań, które były osadzone już bardzo mocno we współczesności, współczesnych stylistykach oraz technologiach.

Jeszcze innym, bardzo popularnym nurtem w dzisiejszej kulturze popularnej jest próba łączenia tradycji, które często nic z sobą nie mają wspólnego, a dokładniej nie miały nic wspólnego do czasu wielkich migracji postkolonialnych oraz podróży podejmowanych przez przedstawicieli kultury zachodniej na inne kontynenty. W tym nurcie pojawiło się wiele zjawisk fascynujących, ale jeszcze więcej rozczarowujących.

Gdyby Telemann żył w dzisiejszych czasach byłby bez wątpienia reprezentantem tego drugiego, a w pewnym sensie także trzeciego nurtu. Słowiańska muzyka ludowa bardzo go interesowała i, co ważne, interesowała go w jej naturalnych kontekstach, a więc, na przykład, jako muzyka do tańca albo muzyka towarzysząca życiu społeczności, które odwiedzał i poznawał w czasie swoich podróży z Żar i z Pszczyny.

Autobiograficzne zapiski kompozytora są zbyt skromne, byśmy mogli wyciągać z nich wnioski na temat tego, czy włączał się w muzykowanie polskich, czeskich i morawskich muzykantów, których spotykał. Być może tak, być może nie. Interesujące wydaje się to, że z muzyki ludowej wyciągał nie tylko melodie i rytmy, ale przede wszystkim energię, którą z tą muzyką kojarzymy i która jest jej znakiem rozpoznawczym. To, moim zdaniem, mogłoby wskazywać, że Telemann nie ograniczał swoich wizyt w karczmach do biernego słuchania. Oczami wyobraźni widzę go raczej tańczącego i grającego razem z lokalnymi kapelami. Czy robił to na trzeźwo, czy nie, wolę się nie wypowiadać.

W każdym razie idea muzyki towarzyszącej biesiadowaniu przetrwała u Telemanna w późniejszych latach w postaci słynnego cyklu zatytułowanego „Taffelmusik” czyli „Muzyka do stołu”. Wysoka to najlepsze z możliwych miejsc, by zastanowić się nad ludowymi inspiracjami wielkich kompozytorów i nad tym do czego może służyć muzyka, gdy już najemy się do syta.